Historia obecności Polaków w Wielkiej Brytanii, Jan Maciejewski

Polska może się poszczycić jedną z dłuższych i bardziej okazałych tradycji emigracyjnych w świecie. Wyjątkowy charakter polskiej emigracji nie wynika jednak ze statystyki, ale z odmiennych niż to zwykle bywało przyczyn i celów. Nieprzypadkowo historia polskiego wychodźstwa przebiega równolegle do historii politycznej i polskich problemów z państwowością. Wyjeżdżaliśmy z ziem polskich nie „za chlebem”, ale „za państwem” – by poza geograficzną i socjologiczną Polską walczyć o Polskę pełną – państwową i polityczną.

Uczynienie takiego zastrzeżenia na początku tekstu traktującego o polskiej obecności w Wielkiej Brytanii wydaje się konieczne. Przygniatająca większość czasu, który Polacy spędzili na Wyspach, związana była z ich walką o niepodległość i suwerenność naszego kraju w XX wieku.

Związki Polski z Wielką Brytanią przed tym okresem wydają się być dużo luźniejsze i raczej incydentalne. W XVI wieku jednym z ciekawszych przykładów przecinania się losów tych dwóch narodów jest historia Jana Łaskiego, bratanka prymasa Polski o tym samym imieniu i nazwisku, który będąc księdzem katolickim, zmienił wyznanie na ewangelicko-reformowane i został pastorem. Na osobiste zaproszenie anglikańskiego abp. Canterbury, Cranmera, przybył do Anglii, by tam organizować zbory protestanckie. Przez anglikanów jest on uznawany za jednego z twórców ich kościoła narodowego.

Z barwniejszych postaci wymienić należy Józefa Borusławskiego, jednego z najsłynniejszych europejskich karłów na przełomie XVIII i XIX wieku. Spędził on w Wielkiej Brytanii kilka lat, w ciągu których zyskał sobie spore grono wielbicieli, przezywających go pieszczotliwie „Joujou”.

Serce Wielkiej Emigracji po Powstaniu Listopadowym biło po drugiej stronie Kanału La Manche, w Paryżu. To tam działał Hotel Lambert księcia Czartoryskiego, tam powstawały również inne polskie stronnictwa polityczne, jak np. Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Również w stolicy Francji osiedliły się najbardziej wyraziste postacie pierwszej Wielkiej Emigracji, jak Adam Mickiewicz czy Joachim Lelewel.

W 1835 r. do Wielkiej Brytanii drogą morską przybyli przedstawiciele najbardziej radykalnego odłamu emigracji popowstaniowej, Gromad Ludu Polskiego, w tym także przywódcy tego nurtu: Stanisław Worcell, Tadeusz Krępowiecki czy Zenon Świętosławski. To właśnie za sprawą ich działalności przypadającej na lata 1835-1846, możemy mówić o związkach Wielkiej Brytanii z polską emigracją w pierwszej połowie XIX wieku. Gromady Ludu Polskiego w swych hasłach programowych zapisały m.in. uwłaszczenie chłopów oraz odzyskanie przez Polskę niepodległości poprzez powstanie ludowe. Na cmentarzu Highgate w Londynie, w jego wydzielonej części, zwanej Wzgórzem Orła Białego, spoczywają ciała działaczy Gromad. W miejscu tym sto lat później odbyło się kilka patriotycznych manifestacji, w których udział wziął m.in. generał Władysław Anders. Było to przede wszystkim symboliczne podkreślenie ciągłości drugiej Wielkiej Emigracji z jej poprzedniczką sprzed wieku.

Również inni wybitni przedstawiciele „emigracji francuskiej” mają w swych życiorysach wątek brytyjski. Przez pewien czas w stolicy Anglii przebywał, dając w tym czasie także kilka koncertów, Fryderyk Chopin. Mieszkał on wówczas na tej samej ulicy, na której zaledwie kilka lat wcześniej pokój wynajmował Juliusz Słowacki.

Pod koniec XIX wieku w Anglii zapoczątkowało swą działalność Towarzystwo Polskie. Instytucja ta funkcjonowała przede wszystkim na polu społecznym i politycznym. Jej znaczenie dla polskiej historii wynika jednak głównie z faktu, iż na przełomie XIX i XX wieku stała się ona instytucjonalną podporą aktywności Józefa Piłsudskiego i innych działaczy PPS-owskich na Wyspach.

W tym samym czasie powstała w Anglii także Polska Misja Katolicka. Należący do niej kościół przy Devonia Road był przez cały XX wiek, a w pewnym zakresie pozostaje także do dzisiaj, miejscem silnie związanym z polskimi inicjatywami patriotycznymi.

Na początku XX wieku artystycznego desantu na Wyspach Brytyjskich dokonał Ignacy Paderewski. Anonsowany przez swych impresario jako „Lew Paryża”, po dość spektakularnej klapie na początku swej trasy koncertowej, Paderewski ostatecznie podbił serca Brytyjczyków. Miało to w późniejszych latach przynieść wymierne polityczne korzyści dla sprawy polskiej. Jego debiut w Wielkiej Brytanii uwiecznił nawet w jednym ze swych pierwszych wierszy Thomas Sterans Elliot („Powiedzmy, że nowego Polaka się słucha: / Gra preludia fryzurą i palców pieszczotą”).

Jednak najważniejszy rozdział w dziejach związków polskiej emigracji z Wielką Brytanią zostaje otwarty w połowie 1940 r. Wtedy to do Londynu przybywają uciekinierzy z podbitej przez hitlerowskie Niemcy Francji, w tym przede wszystkim polski rząd, wokół którego od tej chwili zaczyna ogniskować się polityczna działalność na rzecz sprawy polskiej. Ta chwila stanowi też datę graniczną. Od tej pory aż do 1989 r. Londyn stanie się dla Polaków, tych w Polsce i tych poza jej granicami, a także dla całego świata tym, czym Paryż był w wieku poprzednim.

W budynkach przy Kensington Palace Gardens, hotelu Rubens czy Stratton House ulokowały się polskie władze. Stąd przez 5 lat wojny podejmowano próby przebicia się przez układy światowej polityki z najważniejszym postulatem polskiego rządu: przekonania państw zaangażowanych w konflikt o konieczności istnienia niepodległej i suwerennej Polski. Rzeczywistość wojennego Londynu to jednak nie tylko wielka polityka, ale przede wszystkim trudna codzienność naznaczona strachem przed niemieckimi bombardowaniami. Lecz nawet w takich okolicznościach Polacy okazywali się być dla Niemców twardym orzechem do zgryzienia. Na ścianach zburzonych budynków pojawiały się liczne napisy „The Poles can take it” (Polacy to wytrzymają). Już wkrótce niemieccy piloci mieli się o tym przekonać na własnej skórze.

Pierwsze rozmowy radiowe nad Londynem w języku polskim dowództwo Luftwaffe uznało za angielski bluff. Niemcy nie chcieli uwierzyć w istnienie naszych lotniczych jednostek; zresztą nie tylko oni. Anglicy także powątpiewali w umiejętności polskich pilotów; ponadto obawiali się, że brak znajomości angielskiego wśród lotników znad Wisły przyniesie więcej problemów niż pożytku. Tymczasem Zumbach, Łokuciewski, Urbanowicz i inni zadziwili wszystkich. Trudno powiedzieć, czy bez ich udziału niemiecki plan „Lew Morski” nie zakończyłby się sukcesem i tym samym ostateczną porażką Anglii. Kiedy Polacy, przywykli do latania na sprzęcie nie najwyższej jakości, zasiadali za sterami brytyjskich Hurricane’ów czy Spitfierów, siali na angielskim niebie prawdziwy postrach wśród Niemców. Podobne spustoszenie czynili także na ziemi, tyle że w sercach Angielek, urzeczonych „hollywoodzką” urodą i niewymuszoną kindersztubą polskich pilotów. Wystarczy wspomnieć, iż Anglicy uczyli się na gwałt przynajmniej kilku polskich słów, by przed przedstawicielkami płci pięknej podawać się za Polaków.

Największy sukces Polacy odnieśli 15 września, w dniu uważanym za przełomowy dla dziejów całej bitwy o Anglię. Nasi piloci zestrzelili wtedy aż 26 samolotów niemieckich. Depeszę gratulacyjną nadesłał sam król Jerzy VI. W trakcie całej bitwy o Anglię Polacy zestrzelili około 200-230 samolotów niemieckich; co ósmy pilot myśliwca broniący dumy Albionu był Polakiem.

Anglicy odwdzięczyli się naszym pilotom w sposób, który dla nich samych okazał się dotkliwym policzkiem. Przedstawiciele lotników byli jedynymi żołnierzami polskimi, którzy zostali zaproszeni na wielką paradę zwycięstwa w czerwcu 1946 r. Pominięto przedstawicieli wojsk lądowych czy marynarki wojennej, a zaproszono delegację… Armii Ludowej. Zachowanie Anglików, determinowane w sposób oczywisty pobudkami natury politycznej, było dla Polaków w Wielkiej Brytanii symbolem nadchodzących czasów. Polscy lotnicy zaproszenia na paradę nie przyjęli, co okazało się być w podobnym stopniu symbolem rozpoczynającego się okresu powojennej aktywności Polaków w Wielkiej Brytanii. Okresu sprzeciwu i niezgody na rzeczywistość Europy pojałtańskiej.

To także moment, w którym każdy Polak przebywający w Wielkiej Brytanii musiał zdecydować czy wraca do ojczyzny, czy pozostaje na emigracji. Legalne władze polskie podejmowały wysiłki w celu zatrzymania Polaków na Wyspach. Starano się jak najbardziej drobiazgowo informować o sytuacji politycznej w kraju. Próbowano kształtować opinię publiczną w oparciu o zdanie autorytetów. Generał Anders, zapytany o swą opinię w kwestii powrotu, odpowiedział wprost: zdecydowanie odradzam. Między innymi z tego powodu niemal jednomyślnie poddano krytyce decyzję Stanisława Mikołajczyka. Uznał on, że jedynym racjonalnym wyjściem jest pójście na kompromis z władzami Rosji sowieckiej, co w oczywisty sposób miało więcej wspólnego z kapitulacją niż kompromisem. Mikołajczyk musiał ustąpić ze stanowiska premiera rządu polskiego (na stanowisku tym zastąpił go pod koniec 1944 r. socjalista, Tomasz Arciszewski), a potem, co wydawało się naturalną konsekwencją prowadzonej przez niego polityki, powrócić do okupowanej przez sowietów Polski. W jego ślady poszło wielu innych emigracyjnych polityków, m.in. Jan Stańczyk, Stanisław Grabski, czy Karol Popiel. Ich „krajowa kariera polityczna” trwała jednak w porywach kilkanaście miesięcy. Większość z nich została albo aresztowana, albo wróciła na emigrację. Sam Mikołajczyk musiał salwować się ucieczką, by uniknąć aresztowania. „Polski Londyn” jednak nigdy nie przebaczył mu aktu apostazji, jakim w niepisanym kodeksie polskiego emigranta był powrót do okupowanej Polski i przynajmniej częściowe zaakceptowanie panujących w niej porządków, a tym samym zgoda na układ jałtański. Sprzeciw wobec Jałty był dla Polaków na emigracji fundamentem i wyznacznikiem zarówno wektorów działalności politycznej, jak i orientacji światopoglądowej. Miano „jałtańczyka” czy „kawalera jałtańskiego” przylgnęło na trwałe do lidera ludowców.

Uznanie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej przez większość mocarstw zachodnich i w konsekwencji cofnięcie uznania dla legalnego rządu „londyńskiego” ostatecznie przypieczętowało klęskę Polski w II Wojnie Światowej. Mimo to rząd polski, odizolowany od swego narodu, pozbawiony materialnych źródeł utrzymania oraz większych wpływów politycznych (swe uznanie dla legalnego rządu polskiego podtrzymywały w tym czasie jedynie Hiszpania, Irlandia, Kuba, Liban oraz Stolica Apostolska) kontynuował swą działalność w Londynie. Był to między innymi znak sprzeciwu wobec krzywdy, jakiej doznała Polska. W odezwie do narodu polskiego, będącej odpowiedzią na uznanie przez świat zachodu TRJN, premier Arciszewski i prezydent Raczkiewicz nazwali rząd londyński „ustami niemych”. Odezwę tę legalni przywódcy Polski zakończyli słowami: „Droga nasza jest trudna, lecz u jej kresu spełni się Polska naszych żarliwych pragnień: wolna i niepodległa”.