Polska przedsiębiorczość nad Tamizą, Paweł Chojnacki

W 1942 roku na terenie Wielkiej Brytanii istniały dwie polskie firmy – warsztat naprawy maszyn stolarskich i fabryka „wieszadeł do garderoby”. Dwadzieścia lat później ich liczbę oceniano na trzy i pół tysiąca.

Trudne początki

Ekonomiczna strona radzenia sobie przez emigrantów z życiem w obcym środowisku umykała jak dotąd uwadze historyków. Niewiele mamy opracowań mówiących o warunkach bytowych Wychodźstwa [1]. Ciągle dominuje – nie zupełnie przecież fałszywy – stereotyp wzniosłości. Ale, jak pisała Alina Witkowska w odniesieniu do Pierwszej Wielkiej Emigracji: „może to my zakuliśmy emigrację w tę przyciężką zbroję i przywykliśmy widzieć w emigrantach wyłącznie dostojnych pielgrzymów, jakieś zwielokrotnione szeregi Mickiewiczów z kosturami w dłoni?” [2]. Różne są oblicza wychodźczego losu. Przyjrzymy się jednemu z nich.

Warunki startu nie były łatwe. Wielka Brytania po zwycięskiej wojnie wracała do dobrobytu powoli, mocno okaleczona i wycieńczona – 21 lipca 1946 roku rząd brytyjski wprowadził racjonowanie chleba i mąki, od czasu Bitwy o Anglię utrzymywało się też racjonowanie mięsa, ziemniaków, mydła itp. [3]. „Anglia po wojnie to był gnój. Nędza. Ławki i drzwi wyrywało się na opał. Domy stały porujnowane, nikt się nimi nie zajmował. Polaków, którzy jakoś się chcieli koło tego zakręcić, nie znoszono” – relacjonował Gustaw Ślepokóra [4]. Generał Stanisław Sosabowski ujmował te zjawiska w sposób bardziej powściągliwy: „Wyłoniły się takie problemy, jak: znalezienie pracy dla masy demobilizowanych żołnierzy brytyjskich, przestawienie całego przemysłu wojennego na produkcję pokojową, zastąpienie kobiecej siły roboczej, zarabiającej doskonale podczas wojny, na męską siłę roboczą w produkcji pokojowej. Nastąpiło zagęszczenie na rynku pracy. A tu przybyło wiele tysięcy polskich rąk […]. Interwencja Związków Zawodowych przeciwstawiła się zatrudnianiu Polaków” [5].

Na prowadzenie wielu przedsiębiorstw i zawodów trzeba było uzyskać specjalne licencje. Do tego każde zatrudnienie Polaka musiało być natychmiast zgłoszone na policji i tam zarejestrowane, podobnie jak miejsce zamieszkania. Oczywisty problem stanowiły trudności związane z nieznajomością języka angielskiego. Jak pisała obrazowo Janina Kowalska: „W tym bohaterskim okresie Polacy byli poprzednikami Murzynów i znaleźć jakąkolwiek pracę, oczywiście fizyczną, ale wymagającą choćby odrobiny inteligencji, było niesłychanie trudno, zwłaszcza jeśli przyszło się zwrócić do biur pośrednictwa pracy, tak że czasami miało się wrażenie że czym bardziej wykształcony petent, tym brudniejszą dostawał robotę. Być może, wypływało to z ówczesnej polityki zachęcania nas do powrotu” [6].

Powoli sytuacja ta ulegała zmianie: „po 5-6 latach bardzo trudno było spotkać Polaka, który pracowałby na najniższym stanowisku. Byli magazynierami, brygadierami, zajmowali lepiej płatne posady. Wynikało to z faktu, że bardzo dobrze pracowali. Zawrotną karierę zrobili precyzyjni mechanicy” – mówi Zbigniew S. Siemaszko [7]. Wtóruje mu Józef Garliński: „[…] najobrotniejsi, obok uprzywilejowanych lekarzy i dentystów, coraz lepiej dawali sobie radę. Pamiętam, jak zaskakiwał mnie widok samochodu przed domem mego klienta, jak z niedowierzaniem słuchałem opowiadań o zagranicznych urlopach” [8]. Powojenna potężna inflacja, której społeczeństwo angielskie nie znało i ani nie umiało się przed nią bronić, ani jej wykorzystać, również stwarzała szansę dla „najobrotniejszych”: „Polacy w tym zakresie mieli większe doświadczenia i wyobrażenie, zwłaszcza przy pobieraniu pożyczki na zakup domów, tzw. mortgage” [9].

Niektórzy emigranci dysponowali także własnymi środkami – oszczędnościami z żołdu, lub zdobytymi „wojennym przemysłem”. Do żargonu emigracyjnego weszło określenie „kasztany” (i ich szczęśliwi posiadacze – „kasztaniarze”) na nazwanie złotych monet funtowych, którymi handlowano z wielkim zyskiem. Pisał o nich między innymi Janusz Kowalewski w zbiorze opowiadań pod wymownym tytułem O żołnierzu ciułaczu [10]. Wspominano po latach: „Kto sprytniejszy kombinował, żeby «złote kasztany» przewozić, co było niezupełnie legalne. Podczas urlopu w Egipcie kupowano za pięć funtów pięć «kasztanów» i sprzedawano po dwadzieścia, dwadzieścia pięć funtów we Włoszech. Niektórzy ludzie porobili majątki” [11]. Częściej jednak zaczynano od zera.

Tak Kazimierz Sabbat opisywał początki własnego przedsiębiorstwa: „Ponieważ nie miałem ochoty iść do żadnego z ofiarowanych nam miejsc [na fermę jako robotnik rolny, albo do przemysłu tekstylnego czy metalurgicznego – P. Ch.], wobec tego postanowiłem spróbować zrobić coś na własną rękę, co po jakimś czasie przemieniło się w firmę produkującą kołdry i śpiwory. Z dochodów tej firmy utrzymywałem całą rodzinę, wychowałem czworo dzieci. […] Nie miałem żadnego przygotowania zawodowego, ani też rozeznania w przemyśle, ani nawet potrzebnych danych psychicznych. […] trzeba mieć do tego mentalność kupiecką, a ja tej mentalności nie miałem. Interesy były dla mnie zawsze rzeczą drugorzędną” [12]. Czy późniejszy prezydent RP na Wychodźstwie był osamotniony w swym doświadczeniu i odczuciach? Zapewne dla jednych emigrantów interesy stały się sprawą pierwszorzędną, dla innych pozostawały równorzędną z zaangażowaniem w życie społeczne Wychodźstwa. Przyjrzyjmy się kilku innym przykładom.

Tadeusz Zabłocki: TAZAB

Tadeusz Zabłocki tak zapamiętał budowanie podstaw swej fortuny zaraz po wojnie, podczas której bynajmniej nie służył w intendenturze lecz w referacie prasowym rządu RP na Wychodźstwie [13]. Po pierwsze – rozumiał zasady inflacji. Począł kupować małe, a potem, mając większe środki finansowe, duże nieruchomości. Podpisując umowę, dawał zaliczkę i miał kilka miesięcy czasu, żeby sprzedać daną nieruchomość. Przed zakończeniem transakcji na dyferencjacji procentu który spłacał, zarabiał całkiem dobrze. Dzięki temu już w niedługim czasie mógł razem z przyjaciółmi kupić dom położony w świetnym miejscu w centrum Londynu, w pobliżu Harrodsa. Ponadto miał ładną garsonierę i własny samochód. W 1946 roku kupił udziały w spółce handlującej meblami, antykami i luksusowymi tekstyliami. Dyrektorem spółki była Clarisa, bratanica Winstona Churchilla, późniejsza żona brytyjskiego ministra spraw zagranicznych Edena. Udziały w tym interesie mieli też jej brat John, malarz (fizycznie bardzo podobny do swego stryja) artysta niemający pojęcia o interesach, oraz córka byłego premiera – Sarah. W tym czasie Zabłocki znalazł na Sloane Street 36 wypalony sklep i kupił go za niską cenę. Po odremontowaniu znalazła tu siedzibę firma „George Spencer”, której nazwę związano z rodowym nazwiskiem Churchillów. Zabłocki wspominał, że firma prosperowała dobrze, ale zajęcie to rozmijało się z jego zainteresowaniami. Obserwatorzy twierdzili natomiast, że „interes szedł kulawo” [14]. Niezależnie od tego, która wersja jest bliższa prawdzie, kolejne posunięcie Zabłockiego było już bez wątpienia wielkim sukcesem. W 1947 r. utworzył „Tazab” – jedną z najlepiej prosperujących firm „polskiego Londynu”. Zajmowała się ona głównie pośredniczeniem w wysyłaniu paczek do kraju [15].

Pomoc materialna, jaką otrzymały tą drogą wybiedzone rodziny emigrantów była olbrzymia i najlepiej może świadczy zarówno o przedsiębiorczości, jak i łączności Polaków „zachodnich” oraz „wschodnich”. Zamówień zaczęło wpływać tak dużo, że „Tazab” stał się jedną z największych firm wysyłkowych. „Można zaryzykować opinię, że Polacy właściwie «odkryli przemysł paczkarski» i uczynili z Londynu jego centralę”. Korzystali z niego także Ukraińcy, Litwini, Łotysze, Rosjanie, Jugosłowianie, Włosi, Irlandczycy, a nawet Chińczycy. „Tazab” wyprzedził olbrzymią międzynarodową falę firm wysyłających paczki towarowe, a później transfery pieniężne. Krajowa Polska Kasa Oszczędności (PKO) pojawiła się na tym rynku późno, bo dopiero po 1956 roku [16]. Z biegiem lat zaczęła rosnąć konkurencja. Polski Informator Przemysłowo-Handlowy za rok 1960 wyliczył 54 londyńskie firmy paczkarskie. Do największych zaliczano właśnie „Tazaba” i „Grabowskiego”. Do bardziej znanych należały: „Brownejones Ltd.”, „Fregata Merchants Ltd.”, „Haskoba Ltd.”, „Java Trading Co. Ltd.”, „Lampert and Polimex Co.”, „Wintrex Co. Ltd.”, „Zygmunt Pharmacy” [17].

„Tazab” mógł pochwalić się reprezentatywną siedzibą w sercu Kensingtonu („Tazab House, 22 Roland Gardens), plakatami w języku ukraińskim oraz flotyllą samochodów z wielkim białym napisem „Tazab” na boku. Firma miała umowy z krawcami i szewcami, pracującymi tylko dla niej. Zatrudniała ponad 70 osób, sporo starszych inteligentów, często ludzi wysoko postawionych w hierarchii emigracyjnej (generała i byłego premiera), posiadała oddziały w Ameryce, Australii i w licznych dużych ośrodkach polskich w Wielkiej Brytanii.

Dodajmy, że w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku „Tazab” ubrał niemal całą Polskę w „ortaliony” – lekkie przeciwdeszczowe płaszcze. Samą nazwę wymyślił jego właściciel – jak pisano „tycoon chyba największy na emigracji” [18]. By zrealizować ten cel podjął współpracę z włoską firmą Vittorio Veneto. „Włosi zawdzięczali «Tazabowi» wiele zysków, a «Tazab» Włochom, oprócz znacznych dochodów, wiele satysfakcji pozaekonomicznych – choćby to, że «stworzył Polskę ortalionową». Karol Zbyszewski żartował sobie, że nigdy nie udało się Gomułce i Gierkowi tak jednakowo umundurować partii, jak Zabłockiemu polską klasę robotniczą” [19].

Mateusz Grabowski: apteka i galeria

„Na peronach londyńskiej kolejki podziemnej afisze deklamujące «Jeśli leki to z apteki» Grabowskiego, walczą o pierwszeństwo z tymi, które zapewniają, że «Największy polski dom wysyłkowy» to «Tazab». Grabowski rozlepia poza tym dowody swego mecenatu – ogłoszenia wystaw w «Grabowski Gallery»” – pisali na przełomie lat 1950. i 1960. Bohdan Czaykowski i Bolesław Sulik [20]. „Apteka Grabowskiego”, założona w 1948 i prowadzona przy 175 Draycott Avenue, SW3 a także „Grabowski Export Import Ltd”. to bardzo znane kiedyś firmy na mapie przedsiębiorczości polskiej w Londynie. Ich właściciel Mateusz Grabowski (1904–1976) założył również działającą w latach 1959–1975 galerię mieszczącą się przy 84 Sloane Avenue, SW3. „Galeria – jakby dla podkreślenia faktu, że nie istniałaby bez apteki – połączona jest korytarzem z biurami tej ostatniej, także ma dwa wejścia z dwóch różnych ulic […]. Sale urządzone są bardzo nowocześnie, ściany koloru białoszarego, sufit ciemno-niebieski, obelkowanie ugrowe. Wzdłuż korytarzy stoją duże, oszklone gablotki, w których znajdują się eksponaty polskiego przemysłu ludowego, porozwieszane są także kilimy i stroje ludowe” [21].

Historia sztuki jest lepiej opracowana niż przedsiębiorczości, stąd więcej mamy informacji o galerii niż aptece… „Grabowski Gallery” nigdy nie „podpadła” pod kategorię placówki prowadzonej przez marszanda czy art dealera. Jej założyciel nie kierował się zyskiem, którego zresztą nigdy nie przyniosła mu żadna z ponad dwustu wystaw zorganizowanych na przestrzeni piętnastu lat. Mając odpowiednie zaplecze finansowe, Grabowski mógł urzeczywistnić swoje młodzieńcze zamiłowanie do sztuki – popieranie środowisk artystycznych oraz kolekcjonowanie malarstwa, grafiki, rzeźby i tkactwa artystycznego. Na siedzibę galerii Mateusz Grabowski wybrał dom na granicy dzielnic o ustalonej tradycji artystycznej, South Kensington i Chelsea. Do dzisiaj okolica ta uważana jest za jedną z bardziej interesujących w Londynie, zważywszy chociażby na fakt, iż na Chelsea mieszkali w różnych okresach historycznych tacy artyści jak Turner, Rosetti czy Whistler. Stąd też tylko krok do londyńskich muzeów, Royal Academy i antykwariatów o światowej renomie. Galeria Grabowskiego znajdowała się także w pobliżu „polskiej dzielnicy”, która od czasów zakończenia II wojny światowej rozprzestrzeniała się w południowo-zachodniej części miasta [22].

Pasje „aptekarza – marszanda” kontynuował syn – Władysław Grabowski, który przejął londyńską aptekę i założył „Grabowski Gallery II” promującą rodzimych artystów. Znany kolekcjoner polskich znaczków pocztowych oraz monet i medali związanych z pontyfikatem Jana Pawła II zbierał także exlibrisy, mapy i inne polonica. Przekazał Zamkowi Królewskiemu w Warszawie kolekcję zabytkowej porcelany. W 1989 r. powrócił do Polski, gdzie założył sieć aptek pod firmą „Międzynarodowa Apteka Grabowskiego Londyn Grabopharm Sp. z o.o.” [23]. Apteka w Londynie działa do tej pory w sąsiedztwie POSK-u przy 234 King Street, W6 0RF.

Tadeusz Walczak: sklepy i nie tylko

Tadeusz Walczak (1924–2003) to prawdziwy self made man emigracji. Wielu było zaczynających od zera, ale on mógł się poszczycić prawdziwie symbolicznym, tragicznym wspomnieniem. Podczas wojny – po przejściu przez Rosję, Persję, Irak, Palestynę, Egipt i Afrykę Południową – przeżył we wrześniu 1942 katastrofę płynącego do Anglii statku „Laconia”. Rozbitek uratował się… zupełnie nagi! Wspominał: „[…] jestem goły. O wiele za duże kąpielówki […] zgubiłem” [24].

W dzielnicy, w której zamieszkał po wojnie (Peckam, Camberwell, Forest Hill, Dulwich) przebywało kilkuset rodaków, a nie było polskiego sklepu spożywczego. W 1958 otwiera więc ze wspólnikiem „Rye Lane Delicatessen”. „Prowadząc sklep delikatesowy na Peckham poznałem Waldemara Cegłowskiego […]. Cegłowski, starszy ode mnie o osiem lat był ciężko ranny w akcji pod Monte Cassino w 3 Dywizji Strzelców Karpackich, gdzie zdobył wiele odznaczeń. Ukończył szkołę handlu zagranicznego z księgowością w Londynie i od lat prowadził rachunkowość małym firmom i prywatnym osobom. Miał piękny dom, pobierał dobrą rentę inwalidzką i nigdy nie miał stałej pracy. Zacząłem z nim współpracować w 1962 roku i do roku 1982 byliśmy partnerami w wielu firmach […]” [25].

Żona Waldemara Cegłowskiego została zatrudniona w „Prima Delicatessen” a żona T. Walczaka – począwszy od „Prima Delicatessen” w różnych interesach męża. Od 1965 do 1982 roku był udziałowcem i dyrektorem firmy „Polenterprise Ltd.”, prowadzącej sprzedaż zegarków i biżuterii. Potem kierował m. in. „Oliver Stores”, „Oliver Delicatessen”, „Peckham Delikatessen”, „Universal Transfer Agency Ltd.” oraz „Polenterprise Ltd”. Obsługiwał liczne branże od handlu szkłem z Rumunią, po budowę teatru rewiowego w Chinach. Oprócz tych samodzielnych interesów T. Walczak pracował przez lata jako kierownik sprzedaży na wschodnią Europę w firmie „Central Asbestos Co. Ltd.” zajmującej się pośrednictwem w handlu azbestem (co ciekawe, głównie z objętej międzynarodowym bojkotem Republiki Południowej Afryki). Od 1962 roku odbywał podróże służbowe prawie do wszystkich krajów bloku wschodniego, w tym do ZSRS. Wiodło mu się dobrze: „Do moich zarobków dochodziło firmowe auto. Od 1973 [roku] był to Jaguar […]”. W 1979 r. został dyrektorem naczelnym tej osiągającej roczne obroty rzędu 40 milionów funtów spółki [26].

Należał do tych emigracyjnych przedsiębiorców, którzy prowadzili, czy też próbowali prowadzić interesy w nowej Polsce po 1990 roku. Jako współwłaściciel i prezes kolejnej firmy „Cara Concorde Glass Company” wygrał w 1994 roku przetarg na restrukturyzację i prywatyzację huty szkła „Kara” w Piotrkowie Trybunalskim. Uzyskał pożyczkę 6 mln dolarów, uratował byt tego zakładu i wznowił produkcję. Nie na długo. Dziś hale nieistniejącej huty stanowią wielką atrakcję dla miłośników opuszczonych i zapomnianych budynków przemysłowych [27].

Piotr Rachman: nieruchomości

Tadeusz Walczak nie stronił także od najpopularniejszego chyba przejawu przedsiębiorczości emigrantów. Wspominał: „Pęd do kupowania domów – najpierw jednego, a później często następnych, do wynajęcia, pomogły [tak w oryg. – P. Ch.] Polakom stać się warstwą zamożną nawet w porównaniu z tubylcami, a w latach 1980, w czasie eksplozji cen nieruchomości, wielu Polaków zostało bogatymi ludźmi” [28]. Za jaką jednak cenę? W swej autobiograficznej powieści Janina Kowalska pisze: „Zaprawdę, przedziwne rzeczy działy się w Rezydencjach wpadłych w zapobiegliwe dłonie poniektórych polskich wygnańców, a wypracowane w tym pionierskim okresie metody i doświadczenia doprowadził potem do perfekcji nieboszczyk Rachman” [29]. Kim był wspomniany Rachman – bohater londyńskiej „legendy miejskiej”, jeden z najsłynniejszych w świecie poza-polskim powojennych emigrantów, cieszący się do dziś miejscem w leksykonach typu Scandalous Britain [30]?

Zmiany w prawie dotyczącym obrony lokatorów przed pozbawionymi skrupułów właścicielami zostały wprowadzone przez brytyjski parlament głównie w skutek działalności jednego człowieka: Petera (Piotra) Rachmana (1920–1963). Jego praktyki stały się tak sławne, że hasło „rachmanism” znalazło swoje miejsce w Oxford English Dictionary, gdzie definiowane jest jako „skupywanie zrujnowanych domów i zapełnianie ich imigrantami w celu zdzierania wysokich czynszów”. Rachman urodził się w rodzinie żydowskiej we Lwowie, brał udział w ruchu oporu i aresztowany przebywał w sowieckim łagrze. Rosję opuścił wraz z armią gen. Andersa. Biorąc pod uwagę te doświadczenia trudno zrozumieć, dlaczego później traktował lokatorów tak okrutnie.

Swój pierwszy dom kupił w latach 1950. w rejonie Notting Hill – wówczas biednej, podupadłej dzielnicy – i natychmiast umieścił w nim zagubionych imigrantów z Indii Zachodnich. Szybko dorobił się nowych nieruchomości, jego imperium składało się z około setki domów. Wykorzystał masowy przypływ emigrantów, co zbiegło się z przyjętym przez konserwatywny rząd w 1957 roku rozluźnieniem praw lokatorów, umożliwiającym nieograniczone podwyższanie czynszów przez właścicieli. Kiedy klienci Rachmana sprawiali mu choćby znikomy problem, nie cofał się przed niczym, by dokonać eksmisji – jeden z najemców po przebudzeniu stwierdził, że dach domu, w którym mieszkał został w ciągu nocy usunięty!